„— Jak się pan nazywa
— Van Gogh. A pan
— Henri ToulouseLaulrec. Czy pan jest krewnym Thea van Gogh
— To mój brat.
— W takim razie jest pan Vincentem! Znajomość z panem cieszy mnie bardzo. Pański brat jest najrozsądniejszym handlarzem obrazów w całym Paryżu. On jedyny daje młodym malarzom pewne szanse, walczy nawet o nas. Jeżeli paryska publiczność zacznie kiedykolwiek kupować nasze obrazy, będzie to zasługa Van Gogha. Wszyscy uważamy go za wspaniałego człowieka.
— I ja tak sądzę.
Vincent przyjrzał się uważnie obcemu. Lautrec miał twarz jak gdyby zmiażdżoną, wyskakiwały z niej tylko nos, wargi i podbródek. Czarna, gęsta broda sterczała naprzód.
— W jaki sposób znalazł się pan w tej podłej pracowni — spytał Lautrec.
— Muszę mieć jakieś miejsce, gdzie bym mógł pracować. A pan
— Do diabła, sam nie wiem. W ubiegłym miesiącu mieszkałem w burdelu na Montmartrze i rysowałem te dziewczynki. To była prawdziwa robota! Tutaj, w pracowni, traci się czas na głupstwa.
r— Chętnie obejrzałbym studia tych kobiet.
— Doprawdy
— Ależ tak. Dlaczego nie
— Większość malarzy uważa, żc jestem szalony, ponieważ rysuję tancerki, klownów i dziwki. Ale one mają przynajmniej charakter.
—Wiem o tym. Sam żyłem z jedną w Hadze.“(4)
łyżworolki |nieruchomości |spływy kajakowe