„Obmierzłe usypisko wreszcie się kończy. Pot cieknie mi nawet ze szkieł, z kapelusza i z torby. Miękkie mokasyny, specjalnie nabyte w Singapurze na tropikalne włóczęgi, są pokancerowane jak rzeszoto ostrymi odłamkami skał. Przed nami rozpościera się niedługie, może półkilometrowe pasmo lasu. Nareszcie płaskiego. Jeszcze tu parniej, jeszcze goręcej. Podwinąwszy nogawki brniemy we czterech przez chlupiącą maź, stawiamy stopy już bez daremnych prób znalezienia suchszego miejsca. Raz tylko cofam stopę, aby nie nadepnąć na jakieś obrzydliwe stworzenie, które wyskoczyło z kałuży sądząc po ilości nóg, wygląda na pająka, ale śliskie, błyszczące, pozbawione owłosienia ciało przywodzi raczej na myśl węża. I jeszcze raz podskakuję, aby ominąć zamaskowaną kępę ostrego jak szkło skrzypu. I trzeci raz, żeby oderwać spod kolana maleńką, skaczącą pijawkę.
Z kudłatej paproci zwisa w moją stronę wyciągnięty wąż, w maleńkiej główce widać wyraźnie rozdwojony język, poruszający się miarowo jak sekundnik w zegarku. Czyżbym już doznawał halucynacji od tego przeklętego upału i wilgoci Nie, jeszcze nie. Makmur najspokojniej bierze węża do ręki, głaszcze po pysku i wyrzuca z rozmachem za siebie. Niejadowity; takie rzeczy wie się na Kalimantanie od dzieciństwa. No i dobrze, wolę sympatyczniejsze przygody. Ale teraz to już na pewno przywidzenie spod baldachimu jakiejś karłowatej palmy zieje na mnie para ogromnych, zielonych oczu, szeroko rozwarty pysk z białymi kreskami zębów i pręgowane futerko. Chwytam błyskawicznie za swój wspaniały nóż sprężynowy, specjalnie zakupiony w Rzymie na okoliczność, gdyby przyszło mi się zmierzyć z dzikimi zwierzętami, choć polowaniem nigdy się nie zajmowałem. Zanim jednak ostrze wyskakuje ze świstem, zielone oczy bezszelestnie znikają w mroku. Zdania moich towarzyszy — z pewną niegodziwą satysfakcją zauważam, że pocą się oni tak samo jak ja — są podzielone. Mniejszość utrzymuje, że to najzwyklejszy, pospolity tarsjusz, ale co znów by porabiała ta małpiatka w samo południe, kiedy zwykła chrapać w najlepsze Inni natomiast sądzą, że był to mungo, tutejsza odmiana drapieżnego i rzeczywfscie dość groźnego bobra. Uśmiecham się w duchu fajna to będzie opowieść po powrocie. Koledzy parskną śmiechem, kiedy im powiem, że otarł się o mnie tarsjusz lub mungo.“(16)
<<<< Prorok widzi przyszłą
|
Gry Internetowe |książka angielska |Tworzenie Stron WWW